poniedziałek, 6 października 2014

Po linie nad miastem, czyli dwie godziny w Cziaturze

No to jedziemy!
Co wspólnego mają ze sobą autobus miejski, tramwaj, metro, trolejbus i kolejka linowa? Wszystkie są środkami transportu miejskiego! Ale jak to, jeździć kolejką linową po mieście? Z zakupów, z pracy, do domu, na osiedle? Tak! To wszystko dzieje się naprawdę, w przemysłowym gruzińskim miasteczku o nieco włosko brzmiącej nazwie: Cziatura. No to jedziemy!





Cziatura - widok na miasto
Licząca kilkanaście tysięcy mieszkańców Cziatura leży w centralnej Gruzji. Dawniej słynęła z kopalni manganu, dzisiaj, kiedy przemysł górniczy podupadł, popularność zyskuje dzięki wciąż zachowanym, oplatającym całe miasto kolejkom linowym. Z racji położenia miasta - centrum znajduje się w dolinie, natomiast niektóre osiedla mieszkalne na stromych zboczach otaczających Cziaturę gór, najefektywniejszym środkiem transportu okazało się wybudowanie kolejek linowych. Przewodniki turystyczne często pomijają Cziaturę, jednak kilka artykułów na jej temat, które ukazały się w ciągu ostatniego roku w internecie, wzbudziły nasze zainteresowanie do takiego stopnia, że nie mogliśmy sobie odpuścić wizyty w tym niezwykłym miejscu.
Komunikacja miejska
Było już dosyć późno, kiedy udało nam się zorganizować transport. Dochodziła 14, kiedy w pięć osób wcisnęliśmy się do starego Opla Astry i ruszyliśmy z Kutaisi do manganowego zagłębia. Oba miasta dzieli około 80 kilometrów, toteż dojazd marszrutką nie wchodził w grę, było na to po prostu za późno. Zwłaszcza, że mieliśmy do odwiedzenia jeszcze dwa miejsca po drodze. Po drodze zajechaliśmy jeszcze na zagubioną kutaiską uliczkę. Kierowca zatrzymał się, zniknął w bramie pobliskiego domu i po chwili wrócił z kilkoma butlami wina. Dla nas, na drogę! W doskonałych nastrojach, które z kilometra na kilometr stawały się coraz lepsze, dotarliśmy do celu. Wszelkie obawy przed podróżowaniem starymi wagonikami zostały daleko w tyle.
Słońce nas nie opuszcza, ale nie czuć już męczącego upału. Centrum miasta nie sprawia wcale tak depresyjnego wrażenia, jak mogłoby się wydawać. Znacznie bardziej depresyjnie wygląda przejazd pociągiem przez Wałbrzych czy Dąbrowę Górniczą. Co prawda miasteczko jest nieco zapuszczone, ale w taki swojski, uroczy sposób. Przed nami pierwsza kolejka. Z budynku stacji odjeżdżają wagoniki w czterech kierunkach. Za 20 tetri (niespełna 40 groszy) wyruszamy w kilkuminutową podróż na górę. Pasażerów jest sporo, wagonik dosyć zadbany i wyklejony reklamami - jak na transport miejski przystało. Nie wszystkie linie są płatne, na niektórych oficjalnie nie pobiera się żadnych opłat.
Widok z kolejki
Nasz kierowca w Cziaturze bywał, kolejkami nigdy nie jeździł, ale wiedział, że są. Dobrze, że mieliśmy go ze sobą, z dala od turystycznych szlaków, od dużych miast, uczelni czy instytucji państwowych język rosyjski nie jest powszechnie znany. Dojeżdżamy na miejsce. Wysiadamy na trzęsącą się metalową platformę. Widok dookoła naprawdę robi wrażenie. Chyba jedno z najciekawiej położonych gruzińskich miast, zdecydowanie warto było tu przyjechać. W oddali opuszczone wieżowce, które powoli pokonuje przyroda. Niektóre mieszkania wciąż są zamieszkane, w innych, pozbawionych drzwi i okien, wyrastają już drzewa albo pasą się świnie. Kolejki jeszcze żyją, ale Cziatura powoli obumiera. Kto może wyjeżdża do większych miast. Nie wiadomo, jak długo wagoniki będą jeszcze górować nad miastem, dlatego z odwiedzeniem tego miejsca warto się pospieszyć. Zwłaszcza, że część linii jest już wyłączona z użytku.
"Peron" górnej stacji
Wagonik zjechał na dół, wróci za jakiś czas. Zostaliśmy tylko my i hulający wiatr. Do zbocza pobliskiej góry przytwierdzone są "holiłudzkie" napisy informujące o nazwie miejscowości. Podobne są w Batumi. Jutro o tej porze będziemy już w Polsce, ale póki co nasycamy się tym niezwykłym miejscem. Gruzja pełna jest miejsc, które zapadają w pamięci na zawsze, ale to jest inne niż wszystkie. Takie trochę jak irracjonalny sen, ale jednak prawdziwe, bo widzimy i czujemy to wszyscy z naszej polsko-gruzińskiej szóstki. Hipnozę przerywa nadjeżdżający z dołu wagonik. Z trzęsącej się metalowej platformy ładujemy się do środka i zjeżdżamy na dół, po drodze zasięgając informacji o pozostałych ciekawych liniach w mieście. Niestety, czasu mamy już niedużo, więc musimy ograniczyć się do 2-3 linii. Ładujemy się do Aśki i mkniemy przez miasto do kolejnej stacji.
Widok na górną stację
Kolejki nad Cziaturą jeżdżą od 60 lat, 10 lat temu towarzyszył im jeszcze trolejbus (zlikwidowany podobnie jak wszystkie inne linie trolejbusowe w Gruzji, za wyjątkiem okupowanego Suchumi). Niektóre linie służą jedynie do przewozu ładunków. Część wagoników pamięta z pewnością pierwsze dni nadziemnego transportu w Cziaturze - na archiwalnych zdjęciach z lat 50-tych widać w powietrzu dokładnie te same modele co i teraz. Stację, na którą właśnie jedziemy obsługują takie właśnie kolejki. Nad ulicą przemyka ciasna blaszana puszka z małymi, okrągłymi dziurami bez szyb. Jesteśmy na miejscu!
Cziatura
Stacja obsługuje dwie linie. Obie darmowe, jednak do wagoników wpuszczane są tylko po 4 osoby. Spotykamy polską wycieczkę, wymieniamy się naszymi gorzkimi żalami na temat pobytu w Armenii i idziemy zwiedzić stację. Trochę potrwa, zanim wszyscy zdążą wjechać i zjechać. A do tego dochodzą jeszcze miejscowi, którzy mają w tym miejscu pierwszeństwo przejazdu. W odróżnieniu od poprzedniej stacji, na tej niewiele zmieniło się przez dziesięciolecia. Wagoniki z epoki, brak reklam i innych "wyznaczników czasu". Surowe, obdrapane ściany i napisane odręcznie informacje dla pasażerów i obsługi stacji. Oczywiście po gruzińsku. Gruzińskie pismo jest sztuką same w sobie, toteż liczne napisy w tym języku dodają smaczku temu niezwykłemu miejscu. Wiatr się nasila, wagonikami buja, nagle stają. Ruch wstrzymany, za mocno wieje. Ludzie wiszą nad ziemią. My, uspokojeni przez swojskie wino, czekamy grzecznie na swoją kolej.
Stylowe napisy przy wejściu na stację
W końcu nadjeżdża! Klaustrofobiczna klatka z dziurami. Pakujemy się we czwórkę do środka i odjazd! W środku półmrok, wagonikiem buja, im wyżej - tym bardziej. Dziewczyny śpiewają. Po kilku minutach jesteśmy na górze. Tutejsza "stacja" też jest obsługiwana przez pracownika. Może dlatego, że jeden nieostrożny ruch na "platformie" do wsiadania oznacza upadek dziesiątki metrów w dół i niechybną śmierć? Pani z budki poleca nam panoramę z punktu widokowego. Wiatr hula, słońce zaszło, przed nami rozpościera się widok ponurej, równie groźnej co urodziwej Cziatury. Po kilku minutach jedziemy z powrotem. Zdążymy zobaczyć jeszcze tylko jedną linię. Byle wiatr nie zatrzymał znowu wagoników! Bo wieje coraz mocniej a niebo coraz ciemniejsze...
Stop! Wieje!
Faktycznie. Ruch wstrzymano. Na stacji zebrała się jeszcze grupa gruzińskich turystów, którzy też chcą "zwiedzić" cziaturskie kolejki. Nagle jeden z wagoników zapełniają miejscowi. Rusza. Nas nie wpuszczają a dogadać też się nie można, bo starsze kobitki obsługujące stację rosyjski dawno już zapomniały. Wieje. Kolejki wiszą bez ruchu. To zdecydowanie najbardziej niezwykły i jednocześnie najbardziej podatny na warunki atmosferyczne środek transportu miejskiego, jaki znam. Nie ma rozkładu jazdy, kiedy wagonik odjeżdża - w zasadzie nie wiadomo. Czasami czeka na komplet pasażerów, czasami pojedzie i z jednym. Mogą być wszyscy a wagonik z jakichś powodów i tak będzie stał. Gruzinom puszczają nerwy i rezygnują z wyjazdu, ale dowiadują się dla nas, dlaczego wagonik nie zjeżdża na dół - powód ten sam. Wieje. W końcu przestało i blisko 60-letnia kabina stanęła u naszych stóp. Ta miała co prawda normalne okna, ale te bez szyb były szczelnie zakratowane, szyby z kolei były już tak stare i brudne, że dawno straciły resztki swojej przezroczystości. Wnętrze pokrywały skorupy spękanych warstw farby, było ich tyle, że stanowiły już kilkumilimetrowy pancerz.
Obsługa górnej stacji
Górna stacja kolejki znajduje się na wymarłym osiedlu, które oglądaliśmy z oddali z pierwszej linii. Tuż za nią chylą się ku upadkowi wieżowce z wielkiej płyty, kiedyś pełne pracowników miejscowej kopalni. Pomimo tego ktoś tu wysiada, kobiety wracają z siatkami pełnymi zakupów do domu. Kiedy Cziatura wyludni się do tego stopnia, że dla wszystkich starczy miejsca w zadbanych, odremontowanych blokach na dole, nikt już nie będzie chciał mieszkać na skalnym urwisku. Przyroda zajmie wówczas cały budynek, zniknie i kolejna linia naziemnego transportu.
Część linii obsługiwana jest przez "konduktorów", na jednych pobierają oni opłaty, na innych, tak jak teraz, ich funkcja ogranicza się jedynie do zamknięcia drzwi. Zjeżdżamy na dół, osiedle-widmo zostaje za nami.
Linia na wymierające osiedle
Za nami pozostaje i Cziatura. Ruszamy dalej, do Kacchi - położonego niedaleko od miasta małego klasztoru na wysokim skalnym słupie.
Informacjami o tym, jak dojechać do Cziatury transportem publicznym niestety nie posłużę. Taksówka wyniosła nas ok. 150 złotych za całą wycieczkę (przez 6 godzin przejechaliśmy około 200 kilometrów, zwiedziliśmy monaster Gelati, Cziaturę i Kacchi), do podziału na 5 osób. Trochę jeszcze można by było utargować. Jeżdżąc marszrutkami zapłacilibyśmy połowę mniej, ale mając do dyspozycji 5-6 godzin taki dojazd był niewykonalny. A dojazd do Kacchi w ogóle nie jest możliwy przy pomocy publicznego transportu. Porównując z polskimi cenami, nawet dojazd taksówką nie wyszedł drogo. A było warto, zwłaszcza, że nie wiadomo, jak długo to miejsce zachowa swój charakter...
 
Na koniec jeszcze dwa linki z ciekawymi fotkami z Cziatury:
http://www.theatlantic.com/infocus/2013/08/stalins-rope-roads/100577/
http://wyborcza.pl/duzy_kadr/5,97904,14742372,Zardzewiale_kolejki_z_lat_60__wciaz_woza_Gruzinow_.html?i=0


Panorama Cziatury

Z okna kolejki

Opuszczone osiedle

Linia na osiedle-widmo

Stacja osiedle-widmo

Wracamy! :)

Wnętrze monasteru Gelati

Kacchi. W klimacie naziemnych kolejek :)

sobota, 4 października 2014

Przedwiośnie w przededniu jesieni

Panorama Baku
Mówisz Baku - myślisz "Przedwiośnie". Albo przynajmniej "ta książka Żeromskiego", wersja dla ofiar nowej (chociaż już dziesięcioletniej) matury. Z "tej książki Żeromskiego" pamiętam niewiele, była o czymś odległym, nieznanym, a na dodatek nazwa miasta brzmiała jakoś tak dziwnie i nie dawała się odmieniać przez przypadki. A może właśnie dlatego zapadła w pamięć? Tak czy inaczej, siedząc w sali od polskiego w pewnym ceglanym liceum w centrum Torunia, do głowy nie przyszło nastoletniemu Łukaszowi, że pewnego dnia sam wysiądzie z pociągu na bakijskiej stacji a potem stwierdzi, że warto by sobie przypomnieć, co ten Żeromski wtedy opisał.
Witamy w Baku!
Wrzesień 2013. Dworzec kolejowy w Baku od lat jest w remoncie. Podobnie jak znajdująca się pod nim stacja metra 28 maja. Nowszy budynek, wielopiętrowy klocek, jest strasznie ponury i zaniedbany. Starszy, wykonany w orientalnym stylu, przykuwa uwagę nie tylko swoją formą, ale i ogromnym transparentem przedstawiającym nieżyjącego prezydenta Gejdara Alijewa (obecny Alijew to jego syn). Z motywem kolejowym. Prezydent stoi w drzwiach wagonu i pozdrawia uniesioną ręką obywateli. Niestety kasy biletowe, przechowalnia bagażu i kantor są w betonowym klocku. Starszy budynek oglądamy tylko z zewnątrz. A na stacji metra 28 maja za trzy dni zgubimy się niemalże bezpowrotnie. Przez blisko godzinę będziemy krążyć pomiędzy poszczególnymi jej poziomami, wjeżdżać i zjeżdżać tymi samymi schodami ciągle w kółko i nikt, poza pracownikami stacji, nie będzie w stanie nam pomóc. Za to pracowników zejdzie się aż trzech i dołączy do nich nawet policjant. Pokierowani przez tyle osób, którzy znają tę stację jak własną kieszeń, dostaniemy się na właściwą drogę. Ale to zdarzy się za trzy dni.

Orientalne KFC
Orientalny klimat czuć już od pierwszych chwil. Na tyłach dworca ciekawe połączenie globalizacji i miejscowej kultury: wykonany we wschodnim stylu potężny KFC. Podobnie urządzone zostały przejścia podziemne - przestronne, błyszczące, wyposażone w ruchome schody. Takie nawet w Polsce trudno uświadczyć, a porównując z bardzo nielicznymi przejściami podziemnymi w Tbilisi, które wyglądały i pachniały jak droga do piekła, można było poczuć się jak w pałacu sułtana. Niektóre wejścia do tuneli uwieńczone są cytatami wspomnianego już nieżyjącego prezydenta albo rządzącego obecnie syna, Ilhama. Czasami trafi się też portret jednego albo drugiego. W stolicy, i w ogóle w Azerbejdżanie tych portretów jest pełno. Przy drogach zdarzają się nawet dziękczynne ołtarzyki poświęcone postaci byłego władcy. Bo to on zbudował drogę, on założył szkołę czy muzeum, on doprowadził elektryczność do odległej kaukaskiej wioski, on decydował o praktycznie każdej sferze życia w kraju i jednocześnie, tak czy inaczej, ingerował w życie każdego obywatela.
Władza na wyciągnięcie ręki
Na ulicach nowocześnie. Samochody z reguły nowe, jak na stolicę przystało. Podobnie jak w Gruzji, cała masa importowanych z Japonii, z obowiązkowym automatem, na szczęście z kierownicą przełożoną na właściwą stronę. W Gruzji z reguły oszczędzają na "przekładce" i kierowca siedzi po prawej, jak w kraju kwitnącej wiśni. Z bezładnego tłumu wyróżniają się za to taksówki. Takie, jak te w Londynie, tylko, że fioletowe. Zostały zamówione specjalnie na Eurowizję, która odbyła się w Baku w zeszłym roku. I ponoć mają nawet taksometry, co w krajach poradzieckich wciąż jeszcze jest szokującą nowością! Ciekawostką są też autobusy miejskie. Jeżdżą z reguły z otwartymi drzwiami. Wszystkimi. Kierowca zamyka je dopiero, kiedy ludzi w środku jest tyle, że zamykające drzwi muszą ich po prostu dopchać, żeby nie wystawali na zewnątrz. A te z przodu i tak pozostają otwarte, konduktor jedzie stojąc na schodach, trzyma się poręczy, pogania wsiadających (albo usiłujących wsiąść) pasażerów i zbiera drobne za przejazd od wysiadających pasażerów. Nie ma oczywiście żadnych biletów, jakiegokolwiek potwierdzenia. Drobniaki trafiają do pudełka, do kieszeni, do sakiewki a opłata za przejazd nie przekracza z reguły naszej złotówki. Co ciekawe, niektórzy pasażerowie specjalnie przeciskają się do przednich drzwi, żeby uregulować swój dług, a nawet podbiegają już po wyjściu z autobusu. To mnie zawsze dziwiło na wschód od Bugu. Kto u nas zapłaciłby za przejazd już po wyjściu z pojazdu? W miejscu znanych nam krzyżyków i wizerunków św. Krzysztofa zobaczymy za to na kabinie kierowcy ogromny napis ku chwale Allaha.
Przejście podziemne
Wkraczamy na Iczeri Szecher. Pełno handlarzy dywanami, dzbanami, chustami... Warto spróbować, ale warto też mieć ze sobą kogoś miejscowego, żeby zaproponowane ceny sprowadzić do akceptowalnego poziomu. Kobiety będą zachwycone - kupią nawet ręcznie wyszywane buty czy torebki, obowiązkowo z orientalnymi ornamentami. Nad nami górują wieże licznych meczetów i jedna wieża inna od pozostałych: Wieża Dziewicza. Niestety akurat WTEDY, kiedy przyjechaliśmy, została zamknięta na remont. Tymczasem udajemy się na jedzenie. Trochę z przerażeniem, liczymy manaty w portfelu i zastanawiamy się, czy te kilkadziesiąt złotych wystarczy, żeby zjeść coś skromnego. W końcu wszędzie piszą jak nieziemsko drogie jest Baku, restauracje tylko luksusowe, hotele tylko ze złotymi klamkami...
Iczeri Szecher
Okazuje się, że kasy wystarczy. I zjemy w bardzo sympatycznym lokalu, z widokiem na Wieżę Dziewiczą, tuż obok meczetu. Obowiązkowo w towarzystwie dywanów. Wczesnym popołudniem mają tam promocję na "lancz" i dwudaniowy obiad można zjeść za 5 manatów. Około 22 złotych. Do tego piwo za jednego manata (nieco ponad 4 złote). Nie dowierzamy, dopóki nie dostajemy rachunku. Tak, faktycznie, półlitrowy kufel piwa w samym centrum Baku, w baaaardzo przyzwoitym lokalu, kosztował jednego manata. Lubię to, i to zdecydowanie! A póki co w meczecie za naszymi plecami muezzin z wieży wzywa na modlitwę. Dookoła cisza. Tylko brzęk naszych sztućców, szczekanie jakiegoś psa i rozlegające się z minaretu tajemnicze słowa w języku arabskim, których znaczenia możemy się tylko domyślać.
Pałac Szirwanszachów
Jednym z miejsc, które obowiązkowo trzeba zwiedzić będąc na bakijskiej starówce jest Pałac Szirwanszachów. Docieramy do niego ostatniego dnia, tuż przed wyjazdem na lotnisko, toteż zwiedzanie polega raczej na przebiegnięciu wszystkiego co się da, porobieniu zdjęć i późniejszym rozmyślaniu nad niezwykłością tego miejsca na podstawie fotek. Obowiązkowo trzeba się też zgubić w krętych, wąskich uliczkach, do których palące słońce nie dociera i nawet w czterdziestostopniowym upale czuć tam przyjemny chłód.
Pierwszego wieczora, spacerując po zaludnionym nabrzeżu, obserwujemy widoczne z daleka płonące wieżowce. Na szczęście to nie żaden pożar. Azerbejdżan nazywany jest krajem ognia, jego pierwotną religią był zoroastryzm, toteż władze wykorzystały ten motyw do oświetlenia górujących nad miastem drapaczy chmur. Potem motyw przechodzi w azerbejdżańską flagę a na koniec w obywatela niosącego wspomnianą flagę.
Widok na miasto z Morza Kaspijskiego
Przeogromnych rozmiarów flaga, tym razem prawdziwa, powiewa też na nabrzeżu, tuż obok miejsca, skąd rozpoczynają się godzinne rejsy wycieczkowym statkiem po Morzu Kaspijskim. Za równowartość około 10 złotych można zobaczyć wyjątkową, zwłaszcza po zmroku, panoramę miasta. Na statku dominują miejscowi. Wydaje się, że jesteśmy jedynymi turystami z "dalekiej" zagranicy. Daleką zagranicą nazywane są państwa, które nie wchodziły w skład Związku Radzieckiego. Wokół nas błyszczące i świecące wieżowce, które kolejny raz potwierdzają, że Azerbejdżan surowcami stoi. Betonowych osiedli i krzywych czteropiętrowych "chruszczowek" stąd nie widać, umiejętnie je schowano albo wyburzono. Przepływamy obok miejsca, gdzie w zeszłym roku zorganizowano wspomniany już finał Eurowizji. Azerbejdżan wypada na tym festiwalu całkiem nieźle i wyróżnia się z nijakości i szablonowości uczestników większości państw. A tymczasem my płyniemy dalej, debatując o teraźniejszości, przyszłości i o tym, że jutro pojedziemy do Gobustanu oglądać petroglify i wulkany błotne.
Eurowizja 2012 i ogromna flaga
Trochę zmarznięci wracamy na ląd i idziemy coś przekąsić. Po drodze mijamy bakijską Wenecję - możemy wsiąść na łódkę i popływać mini-kanałami na ogrodzonym terenie. Głód zwycięża. Blinami "z okienka" można najeść się do syta za nieco ponad 10 złotych, co czynimy na najbliższej parkowej ławce. Jak widać, wieści o tym, że w Baku zbankrutujemy nawet na jedzeniu, nie potwierdzają się. Co prawda jest drożej niż w sąsiednich zakaukaskich krajach, ale wystarczy znaleźć inny lokal niż luksusowa restauracja dla nafciarzy i zjemy za tyle co w Polsce. Jeszcze spacer po Iczeri Szecher, o którym było w poprzednim wpisie, i pora zbierać się do domu. Jest już 23, do domu dosyć daleko, wchodzimy więc do kolorowo oświetlonej przeszklonej piramidy, zjeżdżamy po równie kolorowo oświetlonych schodach pod czujnym okiem rozwieszonych co kilka metrów kamer i po kilku minutach jesteśmy głęboko pod ziemią, na stacji metra, która nazywa się tak samo jak stare miasto. Jest kompletnie pusta. Urządzona w stylu orientalnym, trochę jak w Kazaniu czy Ałma-Acie. I tu i tam mają obsesję na punkcie (nie)robienia zdjęć - ktoś Cię okradnie to nikt nie będzie miał czasu, żeby się Tobą zająć, ale jak złapią na robieniu zdjęć w metrze - poświęcą kilka godzin, a może nawet gdzieś zawiozą samochodem, na tylnym siedzeniu rzecz jasna.
Starówki ciąg dalszy
Wagony metra są takie same jak w Moskwie (i takie, jakie na początku były w Warszawie), więc atmosfera w nich dosyć swojska - no, może poza tym, że tu kilka kamer dozoruje każdy kawałek wagonu i nawet w... nie powiem w czym!... nie można się podrapać tak, żeby nikt nie widział. Pociąg niespodziewanie się zapełnia, od następnej stacji jedziemy w strasznym ścisku i zaduchu, chociaż jest już prawie północ. Dokąd oni wszyscy jeżdżą tak po nocach? Wysiadamy na 28 maja, tam, gdzie za dwa dni się zgubimy i tam, gdzie od kilku lat trwa remont. Dookoła rysunki przedstawiające, jaka piękna będzie ta stacja w przyszłości. Ciemno i ponuro. Przez opuszczone ulice i dziurawe chodniki wracamy do hotelu.
Wieża Dziewicza
Dla wszystkich korzystających z bakijskiego lotniska (które nosi rzecz jasna imię Gejdara Alijewa) ważna będzie również informacja o sposobie dotarcia na nie / z niego. Lotnisko położone jest 25 kilometrów od centrum Baku. Kursuje stamtąd (okolice dworca kolejowego) autobus podmiejski linii 116. Przejazd nim jest nieco droższy niż na liniach miejskich i wynosi, w przeliczeniu na nasze, niespełna 2 złote. Autobus dowozi pasażerów niemal pod same drzwi lotniska i jeździ co pół godziny, my jechaliśmy ostatnim kursem z centrum o 20:00. Taksówka (według danych z internetu) może kosztować na tej trasie grubo ponad 100 złotych...
Starówka z widokiem na morze
Od razu przypomina się pewna historia wyczytana w którejś z internetowych gazet, kiedy to obywatele poskarżyli się do ministra na brak komunikacji publicznej na bakijskie lotnisko. Porównywali sytuację z innymi stolicami (w Europie i nie tylko) i żalili się, że wszyscy inni transport publiczny mają. Na to została im udzielona odpowiedź, że przecież kupiliśmy piękne nowe angielskie taksówki, wygodne, komfortowe... I tu niestety tkwi problem wielu krajów poradzieckich. Coś takiego jak lotnisko, samolot czy w ogóle szeroko pojęta turystyka wciąż kojarzą się z luksusem, na który mogą sobie pozwolić tylko ludzie z wypchanym portfelem. Brakuje hosteli, tanich linii lotniczych, utrzymuje się skomplikowane procedury związane z wizą i zameldowaniem nawet dla turystów, chwali się wyłącznie luksusowymi hotelami a zamiast "autobusu 116" proponuje się jeżdżenie nową taksówką, bo przecież kto lata samolotem - ten bogaty i na taksówkę ma.
Lotnisko im. Gejdara Alijewa
Niewątpliwe walory turystyczne dawnych krajów "Sajuza" pozostają tym samym dla wielu niedostępne. Sytuacja z Azerbejdżanem w ostatnim czasie zaczyna się jednak poprawiać. Od 2013 roku z Budapesztu do Baku lata WizzAir, we wrześniu 2014 uproszczono nieco procedury wizowe i zmniejszono koszt jej otrzymania (z 60 do 35 euro). Pozostaje mieć nadzieję, że w ślad za tym pojawią się niedrogie hostele a "autobus 116" zostanie rozreklamowany tak, jak połączenie kolejowe na lotnisko Chopina w Warszawie.

czwartek, 2 stycznia 2014

Iczeri Szecher

Pod osłoną nocy
Upalny, wrześniowy wieczór. Zbliża się północ. Wszechobecną ciszę przerywa tylko regularne cykanie owadów. Wszyscy ludzie w zasięgu wzroku jakby zapadli się pod ziemię. Księżyc i gwiazdy oświetlają parkowe aleje, które tylko zachęcają, żeby usiąść na którejś z ławek i zostać tam na dłużej. Cały park spowity jest słodkim, pobudzającym zmysły i wyobraźnię zapachem sziszy. Dochodzi z pobliskiej piwnicy, w której, pomimo późnej pory, praca wre. Dookoła ciasna zabudowa kamienic w kolorze pustyni z dominującymi na niebie wieżami meczetów. Sprzedawcy dywanów zwinęli przed momentem swoje kramy, ale popularne herbaciarnie nadal pełne są gości. A do tego parki, wszechobecne parki niemal na każdym kroku. To Iczeri Szecher. Po azerbejdżańsku İçəri şəhər oznacza "miasto wewnętrzne", czyli naszą starówkę. Ale trochę inną niż ta, do jakiej przywykliśmy.
Uliczka Iczeri Szecher
Jesteśmy na bakijskim starym mieście, jedynym w swoim rodzaju. Pełno tu zieleni - trawników, drzew i parków. Jedne z nich pełne są ludzi. Inne, jak ten opisany we wstępie, są oazą ciszy i spokoju, i tylko wprawne oko może dostrzec w altance ukrytej pomiędzy drzewami samotnego czytelnika pogrążonego w lekturze. Chociaż jest już północ! Jeszcze dwie godziny temu bawiły się tu grupki dzieciaków pod czujnym okiem swoich rodziców. Teraz, w niespotykanej wręcz na starówkach atmosferze można oddać się czytaniu i rozmyślaniu. Otoczenie skłania do tego idealnie. Może warto poświęcić jedną noc i zamiast w hotelowym łóżku spędzić ją w jednej z herbaciarni a potem w którymś z magicznych parków? Wrócić do pokoju dopiero nad ranem, oglądając przedtem wschód słońca nad Morzem Kaspijskim, którego panoramę widać z jednej ze starówkowych ulic? O ile nie przyjdzie nam mieszkać na przedmieściach, zawsze możemy poratować się taksówką, i tak są tańsze niż w Polsce!
Nocna zabawa
A może po prostu zamieszkajmy wprost na starym mieście? Na pierwszy rzut oka wydaje się to nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę ceny hoteli w Baku. Ale jeżeli zabrać się za rezerwacje odpowiednio wcześniej (pół roku, albo i więcej), możemy mieć wygodny hotel w samym centrum z widokiem na miasto, wieże meczetów i morze za cenę, jaką przyjdzie nam zapłacić za rezerwowany "na jutro" hotel na peryferiach. Czyli niespełna 150 złotych za osobę, ze śniadaniem rzecz jasna. Jak na stolicę państwa ropą i gazem płynącego - wynik całkiem niezły.
W centrum jest nawet jeden hostel. Niestety, ten sposób nocowania w Azerbejdżanie się nie zadomowił (póki co), więc szansa, że załapiemy się na miejsce akurat w tym jednym jedynym jest niewielka.
W zaciszu herbaciarni
Bakijska starówka, podobnie jak i europejskie, tętni nocnym życiem. Ale nie dyskotekowym i knajpowym, chociaż te też są gdzieniegdzie. Do późnych godzin wieczornych, w blasku księżyca, można tu kupić dywan albo inne wschodnie wyroby typu szal czy chusta. Dywany wiszą wszędzie, niemal na każdym rogu. W ich towarzystwie będziemy spacerować, jeść czy pić piwo. Czasami może ktoś nas zaczepić i zaprowadzić do swojego domu, gdzie prowadzi nieoficjalny sklep, z asortymentem takim samym jak wszędzie, ale odpowiednio niższymi cenami. Albo po prostu zagadać i pogadać. Nie jest to tak częste jak w sąsiedniej Gruzji, ale widok obcokrajowca (tak czy inaczej będziemy się wyróżniać wśród miejscowych) często wzbudza zainteresowanie. Nie doświadczymy za to zaczepek ze strony żuli, żebraków, awanturującej się hołoty i innych obrazków znanych nam z nocnej starówki.
Tradycja i nowoczesność
W Iczeri Szecher jesteśmy jakby w innym świecie. Smak orientu czuć tutaj na każdym kroku. To taki swojego rodzaju wstęp dla tych, którzy podążą dalej na południe, wzdłuż Morza Kaspijskiego, do graniczącego z Azerbejdżanem Iranu. Za otaczającymi nas murami życie toczy się jednak inaczej. Rozpędzone samochody, bezładnie kłębiące się na ulicach, korki, trąbienie... i górujące na miastem trzy wieżowce, na których po zmroku wyświetlają się trzy motywy: ognia, azerbejdżańskiej flagi oraz postaci niosącej ową flagę. Robią wrażenie i widać je z daleka. Trochę przypominają Dubaj czy nawet Astanę - stolice Kazachstanu, zbudowaną niemal od zera na bezkresnym stepie.
Za murami starego miasta
Każde miejsce odwiedzone w dzień i w nocy różni się od siebie. Nie tylko wizualnie, chociaż pewnie dlatego w konkursie na 7 cudów Polski to właśnie NOCNA panorama toruńskiej starówki zajęła drugie miejsce. Na dzienną wizytę po Baku (nie tylko po jego starym mieście) wybierzemy się więc następnym razem. Wejdziemy na górę, zobaczymy, gdzie odbywała się Eurowizja, dowiemy się, gdzie można niedrogo zjeść i wypić piwo za jednego manata (ok. 4 złote), przejedziemy się autobusem miejskim przy otwartych drzwiach. Będziemy chodzić do wieczora, aż palące słońce utonie w morzu a my wybierzemy się w godzinną wycieczkę statkiem, żeby zobaczyć, jak to wszystko prezentuje się z daleka.
Siądź, gościu, pod mym liściem i...
A póki co...

sobota, 2 listopada 2013

Wołgą przez pustynię

Mała podróż w czasie
Marszrutka z Tbilisi zatrzymuje się na placu w Sagaredżo, niewielkim miasteczku położonym jakieś 40 kilometrów na wschód od gruzińskiej stolicy. Przez okno widzę już stojące na postoju taksówki i wyróżniającą się pośród nich dostojną szarą Wołgę. Tak! To już postanowione! To właśnie nią chcemy pojechać do położonego na kompletnym odludziu, na granicy z Azerbejdżanem, klasztoru Dawid Garedża!
W drogę!
Nie kryjąc swojej radości i dzikiego wręcz popędu do tego cuda radzieckiej techniki telepatycznie przywołujemy kierowcę. Zgodnie ze zwyczajem panującym na Wschodzie, wyłania się (akurat on!) ze swojej maszyny i proponuje (tak, tutaj grzecznie proponuje, w odróżnieniu od np. Batumi, gdzie po prostu żądano nas gdzieś zawieźć) podwózkę. Negocjujemy cenę i po chwili rozsiadamy się wygodnie w przepastnym wnętrzu tego kultowego samochodu. Rocznik 1983. W minionej epoce był symbolem zamożności czy wręcz luksusu, a słynne czarne Wołgi zarezerwowane były tylko dla partyjnych oficjeli. Teraz wymierają już, podobnie, jak nasze Polonezy czy Fiaty 125p, a spotkanie takiego na rosyjskiej ulicy oznacza naprawdę duże szczęście. Tu, na Zakaukaziu - w Gruzji czy Azerbejdżanie, jeździ tego jeszcze sporo, ale i tak uważam się za szczęściarza zasiadając dumnie na przednim siedzeniu. Od zawsze marzyłem, żeby przejechać się taką maszyną!
Drogowskaz na odludziu
Po krótkiej przerwie na zatankowanie bohaterki dzisiejszego dnia (w towarzystwie innych, jeszcze bardziej zabytkowych pojazdów), opuszczamy miasteczko i kierujemy się wąską drogą po odludnych pagórkach w kierunku skalnego klasztoru. Wołga rozpędza się żwawo do setki, wszelkie zabudowania i zarośla zostają za tylną szybą. Za przednią z kolei rozpościera się widok na pokryte skąpą roślinnością pustynne wzgórza, które ciągną się po horyzont. Wjeżdżamy na kolejne z nich, powoli, mozolnie, by po chwili z impetem pomknąć w dół i siłą rozpędu wjechać na następne. Kierowca opowiada nam o Polakach, którzy założyli po drodze do Dawida Garedży bar, ale początkowo nie możemy do końca zrozumieć, o co dokładnie mu chodzi. Gdzie bar? Tu? Na pustyni?!
I ani śladu człowieka...
Nasze mgliste wyobrażenie zaczyna się w pewnym momencie krystalizować. Kiedy krajobraz z pustynnego przekształcił się w księżycowy a przed nami, na horyzoncie, pojawia się jakiś samochód, nasz wadziciel zaczyna radośnie trąbić i mówi, że to ona, wasza, z Polski! Faktycznie, kiedy zrównujemy się podczas wyprzedzania, z szokiem dostrzegamy polskie tablice rejestracyjne. On nie żartował! Ale jak to?! Którędy?! W zasięgu wzroku ani śladu ludzkiej cywilizacji. Gołe, żółto-pomarańczowo-brązowe zbocza. Za komuny był tu poligon wojskowy a pociski sięgały ponoć samego klasztoru, liczącego sobie kilkanaście wieków. Naszym oczom ukazuje się samotna, zapomniana wieża wystająca znad jednego ze wzgórz. To znak, że do celu już niedaleko. W końcu meldujemy się u bram klasztoru. 50 kilometrów z Sagaredżo, około godziny jazdy. Wybija 15:00, mamy teraz dwie godziny na zwiedzenie tego niesamowitego miejsca.
Klasztor Dawid Garedża
Pierwsze wrażenie po zamknięciu drzwi naszej taksówki - wieje. Strasznie wieje! Wieje tak strasznie, że chyba jeszcze nigdy tak nie wiało. Co będzie, jak okaże się, że ważę za mało i zostanę zaraz zdmuchnięty w przepaść?
Zwiedzenie samego klasztoru zajmuje nie więcej jak pół godziny. Dla turystów udostępniona jest tylko jego część. Wykuty w skale, pośród iście nieziemskich krajobrazów, wywiera wrażenie. Nie będę tu pisać o jego historii - każdy, kogo to interesuje znajdzie bez trudu wszystkie informacje w internecie. Ale sam klasztor to nie wszystko! Teraz czeka nas... wspinaczka! Już się krzywię na myśl o włażeniu pod górę, zwłaszcza, że podejście jest dosyć strome a w zaroślach grasują ponoć żmije. Całą ścieżkę, po samą górę, widać jak na dłoni, a na szczycie czeka nas nagroda: niczym nieograniczony widok na Azerbejdżan. Podejmujemy więc wyzwanie.
Wspinaczka na górę
Za chwilę skrabiemy się już na czworakach a ja w myślach wyzywam "za jakie grzechy". Co jakiś czas wiatr dmuchnie tak mocno, że trzeba się zatrzymać (i czasami przytrzymać). Powoli, kawałek po kawałku, włazimy coraz to wyżej, aż wreszcie idziemy już płaską niemal ścieżką na samej górze, zupełnie jak po Połoninie Caryńskiej w Bieszczadach. Azerbejdżan zasłania nam jeszcze niewielka skała, którą zaraz miniemy i... oto on! Za nami Gruzja, przed nami Azerbejdżan, pośród nas potworna wichura a pod nogami metalowa barierka - granica państwowa.
Na szczycie
Czyli jakby doszliśmy. Ale... okazuje się, że to nie koniec! Siedzimy wpatrzeni w bezkresne pustkowia Azerbejdżanu a kolejni turyści przystają tylko na chwilę i ruszają dalej, stromą ścieżką wzdłuż równie stromego zbocza gdzieś dalej! Za chwilę i my wyruszamy, co rusz przeskakując to na jedną, to na drugą stronę granicznej barierki. Okazuje się, że w skale wykute są kolejne klasztorne cele, od setek lat opuszczone, ale malowidła zachowane są tam w całkiem dobrym stanie. Tyle wieków, tyle wojen, a święci dalej ze spokojem spoglądają, co tam słychać w muzułmańskim kraju po drugiej stronie barierki. Cel jest kilka. Ścieżka jest coraz węższa a przepaść z prawej strony skutecznie psuje mi humor i zaczynam marudzić, wyobrażając sobie moje truchło bezwładnie spadające na azerbejdżańską stronę. Ale idziemy dalej. Wysunięte wzgórze z kapliczką jest coraz bliżej. A ta cholerna dróżka jest już tak wąska i stroma, a wiatr tak silny, że oprócz nóg znowu trzeba wykorzystać ręce. I nawet nie ma czasu skupić się na widokach, które są po prostu boskie, ale w pełni przekonam się o tym dopiero w domu, w spokoju przeglądając zdjęcia na ekranie komputera. I dopiero wtedy, z perspektywy czasu, okaże się, że warto było tam iść. Mało tego, wrócić tam przy najbliższej możliwej okazji!
Wąska ścieżka wzdłuż granicy
Ze wzgórza z kapliczką, na którym znaleźli się akurat wyłącznie Polacy (nasza trójka i spora grupa "konkurencyjna") schodzimy wydeptaną ścieżką w dół, na skróty, do klasztoru. Bez pewności, że dojdziemy nią do celu, że nie wyjdziemy do jakiejś groty albo zamkniętej bramy. Zaczyna padać, więc zejście zamienia się w zbieganie. Za nami podąża gęsiego cała grupa "konkurencyjna". Kilkunastoosobowy ogonek Polaków. Na dole jesteśmy w ekspresowym tempie, po dwudziestu minutach. Wołga już na nas czeka. Jeszcze tylko małe zakupy w klasztornym sklepiku i...
Opuszczone klasztorne cele
Ruszamy! Po drodze przez nietknięte ludzką ręką księżycowe pustkowia w głowie rodzi się już pomysł obiadu. Do Tbilisi na głodniaka nie dojedziemy, a w Sagaredżo może się nic nie znajdzie. Kierowca proponuje nam zatrzymać się u... Polaków! Pomysł jest genialny i mówimy zdecydowane da!, ale nie możemy sobie wyobrazić, gdzie ci Polacy ten lokal założyli - przecież tu niczego nie ma, kompletnie niczego! Poza surowym pięknem przyrody, rzecz jasna.
Taksówką na pustynię
A jednak jest. Kilkanaście kilometrów od klasztoru znajduje się osada Udabno, którą przecież mijaliśmy po drodze w tamtą stronę, ale jakoś umknęło to naszej uwadze. Wyrasta niespodziewanie, pośród pustyni, a na jej obrzeżu, równie niespodziewanie, wyrasta niepozorny, biały budynek. To on! Oasis Club. Faktycznie jest jak oaza na pustyni. Długo wyczekiwany i bardzo, ale to bardzo pożądany! Jesteśmy głodni, przewiani i zmarznięci. A teraz wieje już tak, jak w Polsce chyba tylko podczas klęsk żywiołowych. Kierowca mówi, że to huragan, ale to normalne w tym miejscu. Wołga dumnie parkuje przed naszą oazą i tym samym udajemy się na "przerwę technicza". Miejsce jest na tyle niesamowite i genialne, że poświęcę mu tu kilka(dziesiąt) słów. Trochę wcześniej zrobił to już Marcin Meller w Newsweeku (tekst można znaleźć tu: http://opinie.newsweek.pl/marcin-meller--oaza,106061,1,1.html), a ja dodam do tego trochę swoich przemyśleń.
Udabno. Z prawej polska Oaza
Na początek - pełen podziw i uznanie za pomysł i odwagę. Często przychodzi w życiu taka chwila, że ma się ochotę wszystko rzucić i zaszyć gdzieś daleko, zacząć wszystko od nowa. Ale tylko nieliczni decydują się zrealizować ten pomysł w praktyce. Tych nielicznych właśnie mamy okazję poznać.
Wyprawa do Dawida Garedży nie jest wycieczką na godzinę czy dwie. Od wyjazdu z Tbilisi do powrotu mija około 6-7 godzin (niezależnie od tego, czy weźmiemy taksówkę już w Tbilisi, czy dopiero w Sagaredżo), jest więc duże prawdopodobieństwo, że człowiek w tym czasie zrobi się głodny. A głodny znaczy zły, bez chęci do zwiedzania i delektowania się pustynnymi widokami. Pomysł naszych rodaków wydaje się więc strzałem w dziesiątkę. Urok tego miejsca polega też na tym, że nikt się go tam nie spodziewa. Oto nagle, na obrzeżu położonej pośrodku niczego wioski, widzimy biało-czerwoną flagę, pod którą kryje się polski bar z gruzińskim jedzeniem. Czujemy się trochę jak karawana na pustyni: wielbłądem jest taksówka, oazą - polski bar.
Oaza! (fot. Edyta)
Może więc nie powinienem o nim wspominać, żeby nie burzyć aury zagadkowości i niespodzianki? Ale z drugiej strony, miejsce jest na tyle niezwykłe, że nie sposób o nim nie wspomnieć, a będąc w okolicy - nie zatrzymać się tam chociaż na chwilę. A już nie daj Boże je przegapić!
To niepozorne z zewnątrz miejsce skupia niesamowitą inicjatywę niesamowitych ludzi. Coś w tym jest, że właśnie Gruzja skupia wokół siebie takie osoby. Cały czas po głowie plączą się myśli, czy to, co widzimy istnieje naprawdę, czy to może jakaś fatamorgana? Że Polacy, że odludzie, że ciepłe jedzenie, że polska wódka w lodówce... Ale nie, to nie urojenia, bo wszyscy widzimy to samo! Za barem stoją Polacy, w kuchni pomagają miejscowi a jedzenie jest najlepsze ze wszystkich, które jadłem w Gruzji. Oczywiście regionalne specjały! Trzeba je tylko szybko zjeść, bo hulający dookoła wiatr szybko wystudzi zawartość naszego talerza.
Polski akcent na pustyni
Na rozgrzanie zamawiamy pyszną herbatę z cytrynką i miętą. A na odchodne smakujemy zaproponowaną przez Szefa smakową czaczę - gruziński wysokoprocentowy specjał, który dostępny jest w Oazie w kilku smakach. Wypijamy za sukces naszych Rodaków i za zdrowie Kierowcy, który cierpliwie spędza z nami kolejną godzinę. Jeszcze tylko wpis do księgi gości i do zobaczenia - do następnego razu, bo że tam wrócimy, nie ulega żadnej wątpliwości. Chciałoby się zostać dłużej. Jeszcze poczekać, poznać kolejne ciekawe osoby, bo Gruzja, chyba jak mało który kraj na świecie sprzyja właśnie zawieraniem ciekawych znajomości. Właśnie wkracza kolejna grupa Polaków.
Smacznego!
My wyruszamy do Sagaredżo. Trochę się rozpogadza i przed nami roztacza się zachód słońca nad oddalonymi szczytami gruzińskiej Kachetii. Okazuje się, że zostaliśmy oszukani w marszrutce z Tbilisi, zamiast po 3 lari zapłaciliśmy po 5. Kierowca nie kryje niezadowolenia i obiecuje nam załatwić taksówkę do samej stolicy za 10 lari. Wykonuje kilka telefonów do znajomych - pewnie w naszej sprawie, po gruzińsku, więc nie rozumiemy ani słowa. Ale musiało tak być, bo na postoju w Sagaredżo stajemy drzwi w drzwi z samochodem, którego brodaty kierowca już na nas czeka. Z nim pojedziecie dalej - żegnamy się i za chwilę mkniemy już do stolicy. 40 kilometrów za obiecane 10 lari, za 20 złotych. Z Torunia do Bydgoszczy za taką odległość trzeba zapłacić 150 złotych, przy podobnych cenach benzyny.
W stronę Tbilisi
Także przy okazji chciałbym zaprzeczyć stereotypowi, że gruzińscy taksówkarze czyhają tylko na portfel zagranicznego turysty. Bo jeżeli już kogoś posądzać o zdzierstwo to najpierw trzeba poszukać u siebie...
A słońce już dawno zaszło i kolejny dzień pełen wrażeń jest już za nami. Mam tylko nadzieję, że przy kolejnej wizycie znowu spotkamy na postoju naszą znajomą Wołgę, która zawiezie nas na księżycowe odludzie!